Zaraz, co? Ten tu chce mi wmówić, że jest władcą? ON? Nie, to niemożliwe. To pewnie jakiś żartowniś, mający na celu upokorzenie mojej osoby. Ale z drugiej strony, strażnicy nie wyprowadzili go, co znaczy, że to prawda. ON JEST Lordem. W takim razie: JEST ŹLE! Bardzo źle! I nawet już nie chodzi mi o potraktowanie go jak zwykłego plebsa, bo za to nie mam do siebie pretensji, ani nie żałuję swojego czynu, lecz DLACZEGO potraktowałam go tak, a nie inaczej...
– O nie… – jęknęłam, nagle opuszczając ramiona i rozluźniając napięte dotąd mięśnie – Nie, nie, nie… – powtarzałam, patrząc z rezygnacją i okruchem nadziei na tego chłopaka. Z zewnątrz nie wyglądał na wiele starszego ode mnie.
– Coś nie tak? – spytał, uspokoiwszy się już i podnosząc do góry jedną brew w akcie niezrozumienia.
– Wszystko jest nie tak! – zawołałam – Dlaczego nie obnosisz się ze swoim stanowiskiem?! – jęknęłam, załamując ręce i patrząc na niego z wyrzutem. Nie jestem pewna, kiedy przeszliśmy na 'Ty', być może właśnie ja to zapoczątkowałam. Cóż, stało się.
– Cóż… – zaczął, lekko zbity z tropu – Po prostu tego nie lubię… – odparł, dalej zdziwiony moją postawą, która jeszcze przed chwilą była całkowicie inna.
– Przecież to nie do pomyślenia! Jesteś KRÓLEM! Zdajesz sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na Tobie ciąży? Och, doprawdy! Musisz mieć w sobie odrobinę godności, a nie spoufalać się z ludźmi niższej kategorii! – naskoczyłam na niego, lecz potem dodałam szybko, między zdaniami: – I wcale nie mówię o sobie, jestem na o wiele wyższym poziomie intelektualnym od nich, ale nie o tym mówię! – Po raz kolejny spojrzałam na niego z oburzeniem, jak matka, która przyłapała swoje dziecko na nieposprzątaniu pokoju. – I jeszcze te… szmaty tutaj – prychnęłam, wskazując pogardliwie na jego obecny ubiór – Nie powinieneś ich nosić! Na litość boską… – mruknęłam, masując sobie dwoma palcami skroń. Pomimo mojego załamania nerwowego, usłyszałam ciche parsknięcie chłopaka, które potem wydostało się z niego, jako donośny śmiech. Spojrzałam na niego z nieukrywaną irytacją: – Co cię tak śmieszy?!
– Jesteś zabawna – powiedział, wycierając niewidzialną łzę z policzka. Popatrzył na mnie rozbawionym wzrokiem, po czym wskazał mi na duże drzwi po lewej stronie tronu, które prowadziły do wielkiego salonu. Skąd to wiem? Och, przestudiowałam nasze królestwo wieki temu, w nadziei, że kiedyś będę tu mieszkać na stałe…!
Chłopak pchnął dwa drewniane skrzydła i wszedł pierwszy do pomieszczenia.
– Przydałaby mu się jeszcze lekcja manier – prychnęłam do siebie, również mijając pozłacany próg. Znaleźliśmy się w ogromnym pokoju. Jego plan nie był szczególnie zachwycający, ponieważ ściany tworzyły zwykły prostokąt, ale za to wnętrze! Złote fotele obite aksamitem, dywany szyte gdzieniegdzie złotą nicią, brązowe stoły z pozłacanymi nóżkami… Wszystko miało w sobie jakieś dodatki złota! Wspaniale!
– Rozgość się – oznajmił „Lord” wskazując dłonią na siedzenia ustawione wzdłuż ściany. Tak jak myślałam, gdy odwróciłam się w jego stronę, on już siedział. Maniery – poziom zero.
– Żeby to było takie proste… – mruknęłam cicho do siebie, w odpowiedzi na jego słowa.
Podeszłam do pierwszego fotela, zaraz przy chłopaku i lekko na nim przysiadłam.
– Więc, chciałem… – zaczął, rozkładając się, lecz widząc, że wstaję, natychmiast zamilkł. – Co ty robisz…? – zapytał po dłuższej chwili milczenia, podczas której zdążyłam już przetestować dwa z siedmiu siedzisk.
– Żadne miejsce nie jest odpowiednie… – odparłam, moszcząc się na jedwabnym fotelu.
– Co jest w nim złego? Wszystkie są bardzo wygodne – zachichotał cicho pod nosem.
– Nie. Tu, gdzie siedzę, odbija się lekkie echo, poza tym, jest wprost do okna, więc wieje na mnie wiatr… – rzekłam, jakby to było coś oczywistego i wyprostowałam się, idąc na środek pokoju i rozglądając się dookoła – To miejsce jest strasznie źle umeblowane! – zawołałam z lekką irytacją – Jak można…
– Szasta! – krzyknął uradowany do wielkiego psa, który nagle wpadł do środka przez drzwi podtrzymywane przez strażnika. Jak on mógł go tu wpuścić?! Ten strażnik jest już oficjalnie na mojej czarnej liście!
– P-Pies! Zabierz tego psa! – pisnęłam, widząc bestię, która biegła prosto na mnie. Zerwałam się z miejsca i zrobiłam pierwsze, co mi przyszło do głowy oraz co podpowiadał mi mój instynkt przetrwania; wskoczyłam na jedno z foteli, po czym niezgrabnie wdrapałam się na ogromną szafę, która sięgała aż do sufitu, lecz miała między nim, a swoją górą wolną przestrzeń, więc mogłam się tam schować. Zerknęłam ostrożnie na dół. Ten potwór dalej tam stał i napierał łapami na moje schronienie, chcąc dostać się na górę. Ślinił się i szczekał. Ohyda...
– Hej! Szasta! – zawołał jego pan, po czym zbliżył się do psa, próbując go odciągnąć. Z kolei ja poczułam coś miękkiego, które łaskotało mnie w dłoń. Spojrzałam w tamtym kierunku i… O zgrozo! KOT Z KURZU!
– AAAAAAA! – wrzasnęłam na cały głos, na co Luke (?) i jego bestia popatrzyli w moim kierunku. To działo się w ułamku sekundy. Ja, krzycząca w niebo głosy, przechyliłam się do przodu, chcąc się wydostać z tego… strasznego (!!!) miejsca, spadająca szafa i wylądowanie na chłopaku, przy akompaniamencie wielkiego huku spowodowanego przez mebel. Lecz zaraz nastała głucha cisza, a mi dalej dźwięczało w uszach.
– N-Nic Ci nie jest? – zapytał, podnosząc się powoli z podłogi. Spojrzałam z przerażeniem na połamaną komodę i odpełzłam od niej, nie kryjąc mojej paniki.
– T-T-T-T-T-T-T… T-T-Tam b-b-był… K-KURZ! – krzyknęłam czując, że dostałam nagłej palpitacji serca. To już było dla mnie zdecydowanie za wiele. Widok przed moimi oczami się rozmazał. Padłam na podłogę i najzwyczajniej w świecie – zemdlałam.
Blanc? Nie dopuszczaj do niej więcej pupili i szaf, bo to może się źle skończyć XD
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nathaira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nathaira. Pokaż wszystkie posty
piątek, 28 sierpnia 2015
czwartek, 9 lipca 2015
Od Nathairy: Czas zabrać się za wspinanie się po drabinie kariery. A co jest na szczycie? Fucha Namiestnika!
Właśnie stałam w mojej pracowni, miażdżąc suszone liście mięty za pomocą mojego moździerza na kolejne zamówienie. Nagle ktoś otworzył drzwi, znajdujące się za mną i wszedł do pomieszczenia.
– Woda – powiedziałam, nawet nie racząc gościa jednym spojrzeniem. Słyszałam, jak się zatrzymał i lekko zdezorientowany stał tak jeszcze przez chwilę.
– Słucham? – zapytał, chyba nie słysząc mojej wcześniejszej odpowiedzi, bądź jej nie rozumiejąc. Westchnęłam głęboko. Było to westchnienie nr 8 i oznaczało w skrócie: „W jaką stronę poszła ewolucja?”.
– Woda odkażająca. Stoi koło Ciebie. Masz umyć w niej ręce. – Nie odwracając się, jedynie wyciągając moją prawą rękę, wskazałam palcem dużą miskę stojącą na stołku, która znajdowała się koło drzwi, by przysłowiowi „goście” mieli do niej dostęp, właśnie w takich sytuacjach, jak teraz.
– Ach, przepraszam. – Mężczyzna lekko się zaśmiał, a ja usłyszałam chlupot wspomnianej wcześniej wody. – Nie wycieraj rąk o ubranie – upomniałam go, gdy dźwięk poruszanej tafli ucichł. – Ręcznik leży po drugiej stronie drzwi – powiadomiłam go beznamiętnym głosem. Kolejny raz do moich uszu dotarły fale dźwiękowe, które uświadomiły mnie w przekonaniu, że mężczyzna posłuchał mojej rady bez żadnych zbędnych komentarzy.
– Przyszedłem złożyć zamówienie – oznajmił podchodząc do mnie i zaglądając mi przez ramię. Natychmiast przestałam miażdżyc suche liście mięty i zamarłam w bezruchu, zaciskając ze złością powieki i odliczając w myślach do dziesięciu: „Raz… Dwa… Trzy...”
– Coś się stało? – zapytał widząc moje zaprzestanie pracy.
– Przestrzeń osobista – powiedziałam stanowczym głosem.
– Przestrzeń… Jaka? – powtórzył nie słysząc najwyraźniej moich słów. Znowu.
– Osobista – warknęłam dokańczając. Odwróciłam się w jego stronę i (będąc oczywiście zmuszoną i wystawioną na działanie jego zarazków) położyłam jedną rękę (by ograniczyć strefę skażoną) na jego torsie i odsunęłam go od siebie, jednocześnie robiąc duży krok do przodu. Kiedy był już na odpowiedniej odległości, ponownie się cofnęłam, pilnując, bym kością ogonową dotykała końca blatu drewnianego stołu. – Nie zbliżaj się do mnie na więcej, niż metr i dwadzieścia pięć centymetrów – pouczyłam go, odwracając się i biorąc kolejne naczynie z wodą odkażającą. Szybko umyłam w nim ręce i wytarłam do sucha ręcznikiem. Następnie chwyciłam brązowawy pojemnik po perfumie (w którym obecnie znajdowało się nic innego, jak środek dezynfekujący) i biorąc w dłoń małą, gumową kulkę, ścisnęłam ją, tym samym sprawiając, że płyn, który był w środku, uwolnił się i teraz fruwał w powietrzu i zabijał niepotrzebne zarazki. Spryskałam się tym specyfikiem, następnie musiałam go zmarnować na tą problematyczną osobę, która stała za mną i ciągle z zainteresowaniem przyglądała się mojej pracy.
– Co to jest? – zapytał, kiedy psiknęłam wodą na jego klatkę piersiową, a za chwilę zajęłam się całą powierzchnią jego ciała, pomijając oczywiście głowę.
– Środek dezynfekujący – odparłam, dalej naciskając na poduszeczkę uwalniając chmurkę mgły.
– Ty naprawdę masz świra na punkcie zarazków – zaśmiał się ze swojego stwierdzenia, a ja popatrzyłam na niego, jak na ostatniego debila.
– Zdajesz sobie sprawę, że w tym momencie na Twoim ciele, rękach znajdują się miliony bakterii, w tym zarazków i patogenów wywołujących choroby śmiertelne? Ach, jasne. Oczywiście, że nie, jesteś za głupi, lecz JA nie chcę mieć do czynienia z jakimkolwiek czynnikiem chorobotwórczym – powiedziałam, jakby to było coś oczywistego. Odwróciłam się na pięcie i odłożyłam buteleczkę z powrotem na miejsce. Kolejny raz zajęłam się ugniataniem suchych liści tej chol.ernej mięty.
– W każdym razie, mam zamówienie – oznajmił nie zrażony moją wcześniejszą obrazą skierowaną w jego stronę.
– To akurat wiem. Po co miałbyś tu przychodzić, gdybyś nie miał zamówienia? Nie stwierdzaj rzeczy oczywistych, to denerwujące – powiedziałam nie odrywając się od swojej pracy.
– Jasne. W każdym razie… – kontynuował swoją wypowiedź, już się zbliżając, by wręczyć mi świstek papieru.
– Daj już mi go – rzekłam deczko zniecierpliwiona i wzięłam od niego to zamówienie, również przyjmując na siebie te… Zarazki. Jak tylko wyjdzie, pójdę się umyć.
Szybko przeczytałam wyrazy zapisane na kartce ładną, przejrzystą i lekko pochyłą czcionką. To, co miałam przyrządzić, nie było trudne do zrealizowania, powiedziałabym nawet więcej – było to zadanie banalne dla mojego wielkiego umysłu i łatwe tak samo, jak oddychanie, które przecież umie każdy z nas, nawet, jeżeli byłby totalnym głąbem i nie wiedział, jak się trzyma łyżkę.
Natomiast gdy moje oczy wreszcie natrafiły na koniec zamówienia, gdzie przeważnie znajdowała się osoba, która je składała, o mało się nie przewróciłam, ponieważ natychmiast poczułam, jak moje nogi się pode mną uginają. Zachwiałam się mocno i, by nie stracić równowagi, oparłam się na blacie jedną ręką.
– H-Hej! Nic Ci nie jest? – zapytał mężczyzna, który jeszcze przed chwilą budził u mnie pogardę niewiedzą podstawowych zasad higieny, a teraz będący moją jedyną nadzieją na wyrwanie się z tej marnej posady, z niską płacą i wymogami intelektualnymi.
– Pracujesz dla królewskiego dworu…!? – szepnęłam do siebie z niedowierzaniem i niemal natychmiast zerwałam się z miejsca, podbiegając do mojej półki z flakonami wypełnionymi kolorowymi płynami i innymi, dziwnymi dla osób drugich, rzeczami.
– Ech, właściwie, to… – odezwał się nieznajomy, który najwidoczniej stwierdził, iż moje poprzednie pytanie nie było retoryczne, lecz skierowane do niego.
– Zamilcz! – przerwałam mu szybko, zbywając go ruchem ręki, dalej wyciągając potrzebne mi składniki do przyrządzenia potrzebnego mi specyfiku. – O Boże, w którego istnienie wątpię, dziękuję Ci! – zawołałam. Moje dłonie szybko znalazły wszystko, co chciałam i prędko zabrałam się do robienia zamówionego eliksiru leczniczego i specyfiku leczącego rany cięte. Wyciągnęłam z szafki stojącej niedaleko czysty flakon, po czym starannie odmierzyłam po dziesięć mililitrów z każdego, przygotowanego wcześniej składniku, plus kilka liści ziół do dodania aromatu.
Co ze mnie byłaby za zielarka i alchemiczka, gdybym opisywała wszystkie moje napary! Niedoczekanie! To ja sama na to wpadłam i wymyśliłam, i nie mam zamiaru dzielić się tym z kimkolwiek. Tak więc… Po dodaniu tajemniczych składników, których nazw nie wymówię, obawiając się dobrania się małych, zepsutych mózgów innych do moich przepisów, dokładnie wszystko wymieszałam.
– Wreszcie się stąd wyrwę i zajmę ciepłą posadkę Namiestnika! – marzyłam na głos. Chwyciłam w ręce dwie, średnich rozmiarów buteleczki i wcisnęłam je owemu posłannikowi.
– Posłuchaj mnie teraz uważnie – zaczęłam ostro w jego stronę – Jedno potknięcie, jakiś błąd z Twojej strony i eliksiry nie dojdą w stanie IDEALNYM do Lorda, przysięgam Ci. Znajdę Cię i dopilnuję, żebyś ginął w męczarniach, rozumiesz?! – warknęłam, patrząc mu wyzywająco w oczy, jednocześnie grożąc mu palcem. – A teraz idź! I wspomnij o mnie dobrym słowem! – zawołałam za nim, gdy jego sylwetka znalazła się za progiem drzwi, wypchnięta przeze mnie na brukową uliczkę. Zatrzasnęłam za nim wejście i zadowolona z siebie, oparłam ręce na biodrach.
– Nareszcie! – krzyknęłam do siebie. Opanowawszy już swoje emocje rozejrzałam się po pracowni i rzekłam: – A teraz idę się myć.
Blanc? Jest okropna, wiem. Wybacz ^^
– Woda – powiedziałam, nawet nie racząc gościa jednym spojrzeniem. Słyszałam, jak się zatrzymał i lekko zdezorientowany stał tak jeszcze przez chwilę.
– Słucham? – zapytał, chyba nie słysząc mojej wcześniejszej odpowiedzi, bądź jej nie rozumiejąc. Westchnęłam głęboko. Było to westchnienie nr 8 i oznaczało w skrócie: „W jaką stronę poszła ewolucja?”.
– Woda odkażająca. Stoi koło Ciebie. Masz umyć w niej ręce. – Nie odwracając się, jedynie wyciągając moją prawą rękę, wskazałam palcem dużą miskę stojącą na stołku, która znajdowała się koło drzwi, by przysłowiowi „goście” mieli do niej dostęp, właśnie w takich sytuacjach, jak teraz.
– Ach, przepraszam. – Mężczyzna lekko się zaśmiał, a ja usłyszałam chlupot wspomnianej wcześniej wody. – Nie wycieraj rąk o ubranie – upomniałam go, gdy dźwięk poruszanej tafli ucichł. – Ręcznik leży po drugiej stronie drzwi – powiadomiłam go beznamiętnym głosem. Kolejny raz do moich uszu dotarły fale dźwiękowe, które uświadomiły mnie w przekonaniu, że mężczyzna posłuchał mojej rady bez żadnych zbędnych komentarzy.
– Przyszedłem złożyć zamówienie – oznajmił podchodząc do mnie i zaglądając mi przez ramię. Natychmiast przestałam miażdżyc suche liście mięty i zamarłam w bezruchu, zaciskając ze złością powieki i odliczając w myślach do dziesięciu: „Raz… Dwa… Trzy...”
– Coś się stało? – zapytał widząc moje zaprzestanie pracy.
– Przestrzeń osobista – powiedziałam stanowczym głosem.
– Przestrzeń… Jaka? – powtórzył nie słysząc najwyraźniej moich słów. Znowu.
– Osobista – warknęłam dokańczając. Odwróciłam się w jego stronę i (będąc oczywiście zmuszoną i wystawioną na działanie jego zarazków) położyłam jedną rękę (by ograniczyć strefę skażoną) na jego torsie i odsunęłam go od siebie, jednocześnie robiąc duży krok do przodu. Kiedy był już na odpowiedniej odległości, ponownie się cofnęłam, pilnując, bym kością ogonową dotykała końca blatu drewnianego stołu. – Nie zbliżaj się do mnie na więcej, niż metr i dwadzieścia pięć centymetrów – pouczyłam go, odwracając się i biorąc kolejne naczynie z wodą odkażającą. Szybko umyłam w nim ręce i wytarłam do sucha ręcznikiem. Następnie chwyciłam brązowawy pojemnik po perfumie (w którym obecnie znajdowało się nic innego, jak środek dezynfekujący) i biorąc w dłoń małą, gumową kulkę, ścisnęłam ją, tym samym sprawiając, że płyn, który był w środku, uwolnił się i teraz fruwał w powietrzu i zabijał niepotrzebne zarazki. Spryskałam się tym specyfikiem, następnie musiałam go zmarnować na tą problematyczną osobę, która stała za mną i ciągle z zainteresowaniem przyglądała się mojej pracy.
– Co to jest? – zapytał, kiedy psiknęłam wodą na jego klatkę piersiową, a za chwilę zajęłam się całą powierzchnią jego ciała, pomijając oczywiście głowę.
– Środek dezynfekujący – odparłam, dalej naciskając na poduszeczkę uwalniając chmurkę mgły.
– Ty naprawdę masz świra na punkcie zarazków – zaśmiał się ze swojego stwierdzenia, a ja popatrzyłam na niego, jak na ostatniego debila.
– Zdajesz sobie sprawę, że w tym momencie na Twoim ciele, rękach znajdują się miliony bakterii, w tym zarazków i patogenów wywołujących choroby śmiertelne? Ach, jasne. Oczywiście, że nie, jesteś za głupi, lecz JA nie chcę mieć do czynienia z jakimkolwiek czynnikiem chorobotwórczym – powiedziałam, jakby to było coś oczywistego. Odwróciłam się na pięcie i odłożyłam buteleczkę z powrotem na miejsce. Kolejny raz zajęłam się ugniataniem suchych liści tej chol.ernej mięty.
– W każdym razie, mam zamówienie – oznajmił nie zrażony moją wcześniejszą obrazą skierowaną w jego stronę.
– To akurat wiem. Po co miałbyś tu przychodzić, gdybyś nie miał zamówienia? Nie stwierdzaj rzeczy oczywistych, to denerwujące – powiedziałam nie odrywając się od swojej pracy.
– Jasne. W każdym razie… – kontynuował swoją wypowiedź, już się zbliżając, by wręczyć mi świstek papieru.
– Daj już mi go – rzekłam deczko zniecierpliwiona i wzięłam od niego to zamówienie, również przyjmując na siebie te… Zarazki. Jak tylko wyjdzie, pójdę się umyć.
Szybko przeczytałam wyrazy zapisane na kartce ładną, przejrzystą i lekko pochyłą czcionką. To, co miałam przyrządzić, nie było trudne do zrealizowania, powiedziałabym nawet więcej – było to zadanie banalne dla mojego wielkiego umysłu i łatwe tak samo, jak oddychanie, które przecież umie każdy z nas, nawet, jeżeli byłby totalnym głąbem i nie wiedział, jak się trzyma łyżkę.
Natomiast gdy moje oczy wreszcie natrafiły na koniec zamówienia, gdzie przeważnie znajdowała się osoba, która je składała, o mało się nie przewróciłam, ponieważ natychmiast poczułam, jak moje nogi się pode mną uginają. Zachwiałam się mocno i, by nie stracić równowagi, oparłam się na blacie jedną ręką.
– H-Hej! Nic Ci nie jest? – zapytał mężczyzna, który jeszcze przed chwilą budził u mnie pogardę niewiedzą podstawowych zasad higieny, a teraz będący moją jedyną nadzieją na wyrwanie się z tej marnej posady, z niską płacą i wymogami intelektualnymi.
– Pracujesz dla królewskiego dworu…!? – szepnęłam do siebie z niedowierzaniem i niemal natychmiast zerwałam się z miejsca, podbiegając do mojej półki z flakonami wypełnionymi kolorowymi płynami i innymi, dziwnymi dla osób drugich, rzeczami.
– Ech, właściwie, to… – odezwał się nieznajomy, który najwidoczniej stwierdził, iż moje poprzednie pytanie nie było retoryczne, lecz skierowane do niego.
– Zamilcz! – przerwałam mu szybko, zbywając go ruchem ręki, dalej wyciągając potrzebne mi składniki do przyrządzenia potrzebnego mi specyfiku. – O Boże, w którego istnienie wątpię, dziękuję Ci! – zawołałam. Moje dłonie szybko znalazły wszystko, co chciałam i prędko zabrałam się do robienia zamówionego eliksiru leczniczego i specyfiku leczącego rany cięte. Wyciągnęłam z szafki stojącej niedaleko czysty flakon, po czym starannie odmierzyłam po dziesięć mililitrów z każdego, przygotowanego wcześniej składniku, plus kilka liści ziół do dodania aromatu.
Co ze mnie byłaby za zielarka i alchemiczka, gdybym opisywała wszystkie moje napary! Niedoczekanie! To ja sama na to wpadłam i wymyśliłam, i nie mam zamiaru dzielić się tym z kimkolwiek. Tak więc… Po dodaniu tajemniczych składników, których nazw nie wymówię, obawiając się dobrania się małych, zepsutych mózgów innych do moich przepisów, dokładnie wszystko wymieszałam.
– Wreszcie się stąd wyrwę i zajmę ciepłą posadkę Namiestnika! – marzyłam na głos. Chwyciłam w ręce dwie, średnich rozmiarów buteleczki i wcisnęłam je owemu posłannikowi.
– Posłuchaj mnie teraz uważnie – zaczęłam ostro w jego stronę – Jedno potknięcie, jakiś błąd z Twojej strony i eliksiry nie dojdą w stanie IDEALNYM do Lorda, przysięgam Ci. Znajdę Cię i dopilnuję, żebyś ginął w męczarniach, rozumiesz?! – warknęłam, patrząc mu wyzywająco w oczy, jednocześnie grożąc mu palcem. – A teraz idź! I wspomnij o mnie dobrym słowem! – zawołałam za nim, gdy jego sylwetka znalazła się za progiem drzwi, wypchnięta przeze mnie na brukową uliczkę. Zatrzasnęłam za nim wejście i zadowolona z siebie, oparłam ręce na biodrach.
– Nareszcie! – krzyknęłam do siebie. Opanowawszy już swoje emocje rozejrzałam się po pracowni i rzekłam: – A teraz idę się myć.
Blanc? Jest okropna, wiem. Wybacz ^^
poniedziałek, 6 lipca 2015
„Pocałunek? Mówisz o tej niehigienicznym i popularnym sposobie wymiany śliny? Podziękuję.”
Imię: Nathaira
Nazwisko: Torra
Pseudonim: -
Płeć: Kobieta
Wiek: 25
Rodzina: Mój ojciec był doradcą w Regnetum, ale wrobiono go w jakąś zdradę i do odpowiedzialności pociągnięto jego, jak i moją matkę, więc oboje nie żyją.
Miłość: Miłość? Przecież wiem o niej wszystko. W stanie zakochania mamy podwyższony poziom fenyloetyloaminy i dopaminy, powstają nam nowe połączenia neuronalne oraz jesteśmy podatni na wyniki działania adrenaliny. To proste.
Aparycja: Nathaira nie jest dość wysoka, lecz nie jest też zbyt niska. Można powiedzieć, że posiada dobre metr sześćdziesiąt dwa i to jej w zupełności wystarczy. Nie posiada aż tak wysokich szaf w swoim domu.
Jej sylwetka nie jest dość umięśniona, bo przecież nie pracuje fizycznie. Ubiera się najczęściej tak, jak na pleć żeńską przystało – w suknię. Ale nie taką ozdobną, z falbankami i wszelkimi zdobieniami. Jej zdaniem „one tylko zbierają kurz” i ich po prostu nie nosi. Przyodziewa najczęściej prostą, zwykłą suknię, która nie będzie utrudniała jej pracy wśród przyrządów alchemicznych oraz map strategicznych. Do swojej garderoby może jeszcze zaliczyć (oczywiście, oprócz nieskomplikowanych butów) złoty, lecz wyblakły już, płaszcz z kapturem zawiązywany na dwa sznurki. Nie nosi biżuterii i tym podobnych. Uważa, że są „niepraktyczne” (nie patrzcie na kolczyki na zdjęciu, one są tu przypadkiem).
Teraz zajmiemy się opisywaniem jej górnej części ciała. Cóż… Uczepić się ty nie ma czego, nie ma żadnych blizn (wiadomo, „bezpieczeństwo), a i cała twarz wydaje się być symetryczna. No, może poza jej oczami, które są dość owalne i kształtem przypominają dwa migdały, zwężające się na końcach.
Popielate włosy Nathairi kończą się na wysokości obojczyków, a starannie ścięta grzywka czasem może się wyróżniać. Skoro ma jasne włosy, to do kompletu naturalnie muszą iść niebieskie oczy. To jedno w nich jest dobre – kolor. Jasno niebieski kolor.
Pewnie gdy patrzycie na nią, od razu w oczy rzucają się jej tatuaże na czole oraz pod prawą brwią i okiem. Znak na czole to rodowód jej rodziny, a trójkąty koło jej ślepia, mają dwa znaczenia: ideę zupełnej realizacji i doskonałości oraz Syriusza, najjaśniejszą i najbliższą gwiazdą nocnego nieba. Cóż, to tyle z przekazu.
Charakter: Nathaira jest dość… Specyficzną osobą, ale pewnie jak większość poznanych jej osób. Często określa się mianem „niezrozumiałego geniusza”, który marnuje się w swojej robocie, otoczona jest przez niższość umysłową i kompletnie nikt nie docenia jej wielkiej inteligencji. Może jest dość zapatrzona w siebie, ale co do inteligencji – ma rację. Często wręcz sypie ciekawostkami i popisuje się swoją wiedzą, jednak całkiem nieświadomie. Nie ma zamiaru „zyskiwać uznania” wśród towarzystwa niższego rzędu. Po prostu robi to z przyzwyczajenia i automatycznie. To taki odruch, tak samo jak odwracanie głowy, gdy słyszy się jakiś huk niedaleko siebie.
Jako, że posiada duży zasób wiedzy, wie, jakim zagrożeniem i niebezpieczeństwem są dla nas zarazki oraz różnej maści bakterie, dlatego skutecznie się ich pozbywa. Ma hopla na punkcie higieny osobistej i porządku. Jako, że jest zielarzem, przyrządza wodę dezynfekującą i z niej namiętnie korzysta przy każdej sposobności. Często też nowo przybyłym gościom każe myć w niej ręce, ale nawet wtedy nie pozwala na jakikolwiek kontakt fizyczny, choćby uścisk ręki.
Gdy wejdziesz do jej skromnego domu, zobaczysz porządek jaki jeszcze nigdy w życiu. Wszystko jest starannie posegregowane, książki ułożone według wielkości i koloru (alfabet sobie odpuszcza), a półki – powycierane na błysk. Nie ma miejsca w jej mieszkaniu, gdzie zalegałby nawet najdrobniejszy pyłek kurzu.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę do jej mądrości. Owszem, jest geniuszem, ale całkiem pozbawionym inteligencji emocjonalnej. Nie zna kontaktów społecznych ze strony praktycznej, zna tylko i wyłącznie teoretyczną. Życie seksualne jest dla niej obce, dlatego nawet jeśli powiemy coś „zboczonego”, ona tego nie zauważy, a nawet jeśli, nie będzie wiedziała o co nam chodzi. Ta dziewczyna nie ma przyjaciół, ani nawet znajomych, ze względu na wysoką częstotliwość jej złośliwości oraz nadmiernej szczerości.
Zdolności: Nathaira na pewno jest znakomitym zielarzem oraz alchemikiem (niestety, nie było takiej fuchy). Wszystko co związane z tymi tematami nie jest jej obce. Potrafi też dobrze planować i między innymi to dlatego została Marszałkiem oraz Zielarzem
Pochodzenie: Regnetum
Stanowisko: Wybrała sobie pracę Marszałka oraz Zielarza. Jednak cały czas powtarza: „To ja powinnam być Namiestnikiem. Zobaczycie niedowiarki, że będę prawą ręką króla i to wtedy WY będziecie darzyć mnie szacunkiem!”
Punkty pojedynku: 10
Towarzysz: -
Szczegóły:
*Posiada hopla na punkcie trzech rzeczy: bezpieczeństwa, brudu i porządku.
*Ma paniczny lęk przed wilkami i innymi zwierzętami z nich wyewoluowanych.
*Nie pozwala sobie na jakiekolwiek kontakty fizyczne z innymi.
*Kocha porządną, zieloną herbatę zrobioną w porcelanowym, ówcześnie zalany wrzątkiem i wytartym do sucha imbrykiem z filtrem, z dziewięciu średnich fusów na 250 mililitrów 84 stopniowej wody, następnie parzoną przez dokładnie 13 minut i 45 sekund i podaną w porcelanowej, odkażonej filiżance z łyżeczką i spodkiem.
Bonusy: -
Nick na howrse: MrsAnglel20
Nazwisko: Torra
Pseudonim: -
Płeć: Kobieta
Wiek: 25
Rodzina: Mój ojciec był doradcą w Regnetum, ale wrobiono go w jakąś zdradę i do odpowiedzialności pociągnięto jego, jak i moją matkę, więc oboje nie żyją.
Miłość: Miłość? Przecież wiem o niej wszystko. W stanie zakochania mamy podwyższony poziom fenyloetyloaminy i dopaminy, powstają nam nowe połączenia neuronalne oraz jesteśmy podatni na wyniki działania adrenaliny. To proste.
Aparycja: Nathaira nie jest dość wysoka, lecz nie jest też zbyt niska. Można powiedzieć, że posiada dobre metr sześćdziesiąt dwa i to jej w zupełności wystarczy. Nie posiada aż tak wysokich szaf w swoim domu.
Jej sylwetka nie jest dość umięśniona, bo przecież nie pracuje fizycznie. Ubiera się najczęściej tak, jak na pleć żeńską przystało – w suknię. Ale nie taką ozdobną, z falbankami i wszelkimi zdobieniami. Jej zdaniem „one tylko zbierają kurz” i ich po prostu nie nosi. Przyodziewa najczęściej prostą, zwykłą suknię, która nie będzie utrudniała jej pracy wśród przyrządów alchemicznych oraz map strategicznych. Do swojej garderoby może jeszcze zaliczyć (oczywiście, oprócz nieskomplikowanych butów) złoty, lecz wyblakły już, płaszcz z kapturem zawiązywany na dwa sznurki. Nie nosi biżuterii i tym podobnych. Uważa, że są „niepraktyczne” (nie patrzcie na kolczyki na zdjęciu, one są tu przypadkiem).
Teraz zajmiemy się opisywaniem jej górnej części ciała. Cóż… Uczepić się ty nie ma czego, nie ma żadnych blizn (wiadomo, „bezpieczeństwo), a i cała twarz wydaje się być symetryczna. No, może poza jej oczami, które są dość owalne i kształtem przypominają dwa migdały, zwężające się na końcach.
Popielate włosy Nathairi kończą się na wysokości obojczyków, a starannie ścięta grzywka czasem może się wyróżniać. Skoro ma jasne włosy, to do kompletu naturalnie muszą iść niebieskie oczy. To jedno w nich jest dobre – kolor. Jasno niebieski kolor.
Pewnie gdy patrzycie na nią, od razu w oczy rzucają się jej tatuaże na czole oraz pod prawą brwią i okiem. Znak na czole to rodowód jej rodziny, a trójkąty koło jej ślepia, mają dwa znaczenia: ideę zupełnej realizacji i doskonałości oraz Syriusza, najjaśniejszą i najbliższą gwiazdą nocnego nieba. Cóż, to tyle z przekazu.
Charakter: Nathaira jest dość… Specyficzną osobą, ale pewnie jak większość poznanych jej osób. Często określa się mianem „niezrozumiałego geniusza”, który marnuje się w swojej robocie, otoczona jest przez niższość umysłową i kompletnie nikt nie docenia jej wielkiej inteligencji. Może jest dość zapatrzona w siebie, ale co do inteligencji – ma rację. Często wręcz sypie ciekawostkami i popisuje się swoją wiedzą, jednak całkiem nieświadomie. Nie ma zamiaru „zyskiwać uznania” wśród towarzystwa niższego rzędu. Po prostu robi to z przyzwyczajenia i automatycznie. To taki odruch, tak samo jak odwracanie głowy, gdy słyszy się jakiś huk niedaleko siebie.
Jako, że posiada duży zasób wiedzy, wie, jakim zagrożeniem i niebezpieczeństwem są dla nas zarazki oraz różnej maści bakterie, dlatego skutecznie się ich pozbywa. Ma hopla na punkcie higieny osobistej i porządku. Jako, że jest zielarzem, przyrządza wodę dezynfekującą i z niej namiętnie korzysta przy każdej sposobności. Często też nowo przybyłym gościom każe myć w niej ręce, ale nawet wtedy nie pozwala na jakikolwiek kontakt fizyczny, choćby uścisk ręki.
Gdy wejdziesz do jej skromnego domu, zobaczysz porządek jaki jeszcze nigdy w życiu. Wszystko jest starannie posegregowane, książki ułożone według wielkości i koloru (alfabet sobie odpuszcza), a półki – powycierane na błysk. Nie ma miejsca w jej mieszkaniu, gdzie zalegałby nawet najdrobniejszy pyłek kurzu.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę do jej mądrości. Owszem, jest geniuszem, ale całkiem pozbawionym inteligencji emocjonalnej. Nie zna kontaktów społecznych ze strony praktycznej, zna tylko i wyłącznie teoretyczną. Życie seksualne jest dla niej obce, dlatego nawet jeśli powiemy coś „zboczonego”, ona tego nie zauważy, a nawet jeśli, nie będzie wiedziała o co nam chodzi. Ta dziewczyna nie ma przyjaciół, ani nawet znajomych, ze względu na wysoką częstotliwość jej złośliwości oraz nadmiernej szczerości.
Zdolności: Nathaira na pewno jest znakomitym zielarzem oraz alchemikiem (niestety, nie było takiej fuchy). Wszystko co związane z tymi tematami nie jest jej obce. Potrafi też dobrze planować i między innymi to dlatego została Marszałkiem oraz Zielarzem
Pochodzenie: Regnetum
Stanowisko: Wybrała sobie pracę Marszałka oraz Zielarza. Jednak cały czas powtarza: „To ja powinnam być Namiestnikiem. Zobaczycie niedowiarki, że będę prawą ręką króla i to wtedy WY będziecie darzyć mnie szacunkiem!”
Punkty pojedynku: 10
Towarzysz: -
Szczegóły:
*Posiada hopla na punkcie trzech rzeczy: bezpieczeństwa, brudu i porządku.
*Ma paniczny lęk przed wilkami i innymi zwierzętami z nich wyewoluowanych.
*Nie pozwala sobie na jakiekolwiek kontakty fizyczne z innymi.
*Kocha porządną, zieloną herbatę zrobioną w porcelanowym, ówcześnie zalany wrzątkiem i wytartym do sucha imbrykiem z filtrem, z dziewięciu średnich fusów na 250 mililitrów 84 stopniowej wody, następnie parzoną przez dokładnie 13 minut i 45 sekund i podaną w porcelanowej, odkażonej filiżance z łyżeczką i spodkiem.
Bonusy: -
Nick na howrse: MrsAnglel20
Subskrybuj:
Posty (Atom)
